
Nie zaszczepiłaś mnie, Mamo, przeciwko Miłości.
Poważne zaniedbanie.
Spałabym snem kamiennym od dwudziestej drugiej do szóstej.

Jadłabym regularnie, dużo, z apetytem.

Nie jeździłabym z piskiem opon na zakrętach.
Nie płakałabym w ławce za kolumną.
Raczej myłabym okna zamiast wpatrywać się w nie z tęsknotą.
Nie marnowałabym czasu na rozmowy o gorzkim życiu ze sprzątaczką, kiedy szkoła już pusta.
Nie zastanawiałabym się, czy to grzech, sprawdzać kartkówki w niedzielę.
Czytałabym romanse zamiast trudnych rozmów z mężem.
A gdy Maks zasypiałby sam, malowałabym paznokcie.
Odpornej na miłość nie podskoczyłby żaden szczeniak ani ksiądz w kościele.
No i kasy uzbierałabym sporo.
Zasady jedna po drugiej wypełniałyby się w życiu same.
A ja okrągła i zadowolona liczyłabym dyplomy na ścianie.
Tak mi życie zmarnowałaś, Mamo...
Umyłam okna na święta, żeby było jasne... :) Są czyste i przezroczyste jak dusza po spowiedzi. Małe to pole dla wyobraźni, za to brzózki jak ładnie widać... :)